wtorek, 24 grudnia 2013

They got a cherry pie there that'll kill ya.

Mam wrażenie, że blogowo dopadła mnie już chrypka, a koronki w tle przypominają pajęczynę. Ze starej skrzyni kilkuset przepisów, kurz chciałabym zetrzeć jednym ciepłym dmuchnięciem, a palcami wystukującymi rytm wpisu, pozbyć się ciszy niezręczności (bo to niezręczność powoduje ciszę, a nie odwrotnie, prawda?)

 Z kuli zachcianek (obok "kąpieli w ciepłym kakao" i "bielizny z porcelany"), jak z maszyny losującej, nad którą pieczę sprawuje pierwszy rząd czytelniczy, wypadła dziś wizja wśliźnięcia się tu z pomocą wiśniowego sosu.
Z blogami nieużywanymi jest jak z dziurą w kieszeni płaszcza. Wypadają z pamięci do czasu, kiedy wsuniesz w nie z zimna dłoń i zaczniesz drażnić nieświadomie nadpruty materiał wskazującym. I wiesz, że kiedyś usiądziesz po powrocie do domu z nitką w ustach, i poparzonymi od herbaty palcami wydziergasz coś nowego.

Z marskości blogowej ratują tylko przeszczepy. Ale nie domeny. Najlepiej mięśnia sercowego. Wtłoczenie do krwiobiegu myśli o dniach w kolorze wiśni* i łącznotkankowy system tęsknoty.
Porzucając encyklopedyczne warkoczyki słowne (tak jak biologię w tym roku szkolnym), zostaje nam osiemnaście centymetrów średnicy ciasta i trochę Twin Peaks. I o ile zwykle słodyczowości każą mi wrócić do embrionalnej błogości i skulenia zmartwień wraz z własną osobą, tak tutaj mamy oklaskiwany wyjątek. Po cherry pie się tańczy.
Cierpkość, maślaność i kruchość. To wystarczy na subatomowe problemy, rozkręcenie jednoosobowej imprezy we własnym pokoju czy doszczętne poplamienie ulubionej spódniczki.

Owinę się błękitnym aksamitem, napiszę prostą historię o człowieku słoniu i część wymażę swoją głową do wycierania. A to wszystko w przyciemnionym pokoju przy Mulholland Drive. Smacznego, panie Lynch.



Cherry Pie 

przepis Leili Lindholm

ciasto:
  • 150g zimnego masła
  • szklanka pszennej mąki
  • 30g cukru pudru
  • 1 jajko
  • lodowata woda
nadzienie:
  • 1 ½ litra wiśni (nie ma potrzeby rozmrażania)
  • 85g cukru
  • ziarenka z jednej laski wanilii
  • skórka i sok z jednej cytryny
  • 2 łyżki mąki ziemniaczanej 
+ roztrzepane jajko do posmarowania

 Mąkę, cukier i masło rozrobić opuszkami palców na kruszonkę. Dodać jajko i zagnieść pospiesznie. Jeśli ciasto będzie się rozsypywać- dodać odrobinę wody i uformować dysk. Owinąć folią i odstawić do lodówki.

Wiśnie, cukier, skórkę i wanilię podgrzewać na średnim ogniu w rondelku. Kiedy zmiękną, ale nie będą się rozpadać i syrop się zagotuje, zmniejszyć ogień do minimum i wlać mąkę wymieszaną z sokiem z cytryny. Podgrzewać chwilę aż sos zgęstnieje. Odstawić do ostudzenia.

2/3 ciasta rozwałkować, podsypując mąką. (na grubość około 5mm) Wyłożyć nim dno i boki foremki (18-22 cm) - jeśli to nie foremka silikonowa, najlepiej będzie wysmarować ją masłem i wysypać mąką/bułką tartą. Wyłożyć ostudzone nadzienie. Resztę ciasta rozwałkować tak samo i wykroić kilka małych dziurek centralnie. Rozłożyć na nadzieniu, mocno docisnąć boki i odciąć nadmiar ciasta. Posmarować roztrzepanym jajkiem (można posypać też cukrem) i wstawić piekarnika nagrzanego do 175'C. Piec na złoty kolor, około 35 minut. Lekko przestudzić przed podaniem. Obejrzeć obie serie z dodatkami. I przeczesać w myślach włosy Lyncha.


*Na te w kolorze pomarańczy mam już rezerwację.


PS. Najciszej jak potrafię, gratuluję Wam i sobie. Jesteśmy właśnie po wpisie, który nie ma w swoim grubym ściegu ani jednego słowa o tym, co dzisiaj. I jutro, i pojutrze.

8 komentarzy:

  1. Nie no, oczom własnym nie wierzę:) Zmartwychwstania spodziewałabym się raczej w okolicach Wielkanocy:D

    OdpowiedzUsuń
  2. No tak, oficjalnie urodzę się dopiero jutro. ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Mam dość pierników. biorę! Z filiżanką coffee black as midnight on a moonless night :) fajnie że znów jesteś!

    OdpowiedzUsuń
  4. jeszcze pajęczyn wśród koronek nie widać, ale bardzo się cieszę, że znów wróciłaś :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Tak strasznie się cieszę że jesteś...no i zapadłam w ten wpis...pisz,pisz dziewczyno!!! pisz!!! <3

    OdpowiedzUsuń
  6. I ja się cieszę, że znowu napisałaś. Pięknie ubierasz w słowa, to co innym się nie udaje :) Czekam na kolejnego posta!

    OdpowiedzUsuń
  7. przeurocze są te wycięte serduszka w cieście (:

    OdpowiedzUsuń